Większość osób przechodzących z kościoła katolickiego do innego kościoła chrześcijańskiego, staje przed problemem określenia swojej tożsamości odzwierciedlającej przynależność do określonej formacji duchowej. W końcu wyjście z kościoła szczycącego się największą liczbą członków na ziemi oraz najdłuższym nieprzerwanym okresem istnienia, to nie byle co! Ci, którzy postrzegają kościół katolicki jako Babilon (przyczyny odejścia są więc bardziej teologiczne), mogą odetchnąć z ulgą, gdyż wydostanie się spod religijnej zwierzchności daje im poczucie niezależności (w końcu stoi przecież jak byk, że Duch św. we wszystkim nas pouczy i nie potrzebujemy innych mądrali:

1 J 2,27

Co do was, to namaszczenie, które otrzymaliście od Niego, trwa w was i nie potrzebujecie pouczenia od nikogo, ponieważ Jego namaszczenie poucza was o wszystkim.).

Ci, którzy zostali zewangelizowani przez braci odłączonych, ale w kościele bywali z okazji chrztów i ślubów, nie przeżywają wielkich micyji, tylko cieszą się, że w końcu są zbawieni i mogą świadomie przeżywać swoją wiarę.

Ci, którzy chyłkiem prześlizgnęli się do jakiegoś niekatolickiego chrześcijańskiego kościoła lokalnego, najczęściej ze względu na znalezienie odpowiedzi na swoje problemy czy pytania, są najczęściej pocieszani twierdzeniami, iż kościół jest tam, gdzie dwaj albo trzej gromadzą się w Jego imię. No i że kościół to my, a nie instytucje czy budynki, i że wszyscy świadomi (nowo narodzeni) chrześcijanie są członkami kościoła Jezusa. I po krzyku.

reszta tu

Share this Post

2 Comments